Jak polecieć na duże sumy, sandacze i karpie samolotem z jednym bagażem i torbą podręczną.


Wyjazd z trójką przyjaciół do Hiszpanii na rzekę Ebro zaczęliśmy planować w grudniu ubiegłego roku. Pierwszym krokiem było ustalenie terminu i kto za co jest odpowiedzialny. Po krótkiej konsultacji termin został ustalony na wrzesień. Mi przypadło skompletowanie sprzętu, który zmieści się w walizkę.
 
 

 
Grudzień jest dobrym miesiącem na zakupy z racji licznych wyprzedaży. Wędki zostały zakupione z serii Travel, gdyż są zapakowane w twardy pokrowiec co uniemożliwi złamanie podczas transportu.
 

Sprzęt co prawda można wypożyczyć na miejscu ale nie zawsze spełnia nasze oczekiwania. Warto się wtedy dowiedzieć co wliczone jest w cenę a za co trzeba zapłacić np. łódka, echosondy, tripod, sygnalizatory (i czy mają centralkę), wędki, woblery do trolingu itd. Warto w niektóre rzeczy zaopatrzyć się w Polsce, ponieważ tam jest wszystko trzy razy droższe.
Za bilety lotnicze był odpowiedzialny kolega Piotr który śledził ceny przelotu. W kwietniu zostały zabukowane, gdyż cena okazała się najkorzystniejsza. Warto wraz z biletem lotniczym wykupić wynajem samochodu, bo wtedy wychodzi taniej. Koszt biletu, nadania bagażu i wynajęcia samochodu wraz z paliwem wyniósł nas 500zł na osobę.
Wylot mieliśmy z Poznania do Girony a stamtąd około 270km samochodem.
 
Po dotarciu na miejsce trzeba wykupić licencję na połów, która kosztuje około 40€ w zależności od regionu. Jest ona wystawiana na rok, czyli wykupując we wrześniu jest ważna do września przyszłego roku.
Następnym krokiem jest zaopatrzenie się w pellet.
 
 
Często ośrodki wędkarskie mają na stanie i nie trzeba kupować w sklepie wędkarskim. Cena waha się 55-65€ za 20kg. Nie warto zabierać żadnych pelletów i kulek z Polski. Szkoda miejsca w walizce i wyczekiwania na branie karpia czy suma, ponieważ tamtejszy pellet wrzucany jest tonami rokrocznie do wody i ryby nauczyły się głównie go pobierać.
W ciągu dnia głównie trolingowaliśmy a wieczory spędzaliśmy łowiąc stacjonarnie.
W pierwszy dzień Piotr z Waldkiem złowili ponad dwumetrowego suma, a ja z kolegą Mariuszem złowiliśmy pięknego sandacza.
 
W drugim dniu złowiłem swojego wymarzonego hiszpańskiego karpia o wadze 25.700kg bijąc przy tym swoje PB.
 
 
Na branie dużego suma doczekaliśmy się trolingujac przy zatopionym drzewie. Dał on nam wiele adrenaliny i radości podczas holu.
 
Po zdobytym doświadczeniu częściej zaczęliśmy pływać przy podwodnych zawadach. Wiązało się to z częstymi zaczepami, ale jak to mówią ,,Tam gdzie patyki, tam wyniki". W kolejnym dniu z takiego miejsca złowiliśmy ogromnego suma. Miał 2.35m i ważył około 90kg.
Wieczorem łowiąc stacjonarnie na zestaw karpiowy łowimy kolejnego suma. Wziął na dwa pellety.
Walka była niesamowita. Podczas holu pozamiatał dwa następne zestawy. Jego długość to 2.30m a szacowana waga to 70kg.
 
Jeszcze tego wieczoru dołowiłem dwa karpie 23.500kg i 19.800kg.
 
Najbardziej skuteczną perzynetą trolingową okazały się Jerkbaity Spro Screamin Baby Devil.
Trolingując trzeba uważnie obserwować wodę, można wypatrzyć spławy karpi. Wtedy warto w tym rejonie wytypować miejscówkę i zasypać ją pelletem. Z takich miejsc nie koniecznie dostępnych z brzegu, można złowić piękne karpie z zakotwiczonej łódki.
 
 
Wyprawa na hiszpańskie potwory długo zapadnie nam w pamięci. Na pewno jeszcze tam wrócimy.
 
Pozdrawiam
Piotr Wielgosz