ZASIADKA „GDZIEŚ TAM W WIELKOPOLSCE” 17-19.05.2012

Ponieważ na mojej ulubionej wodzie nad J. Brajec niewiele jeszcze się dzieje, postanowiłem spróbować szczęścia gdzie indziej. Długo się zastanawiałem, czy dołączyć do moich kolegów i wybrać się na stawy Augustowskie, czy podnieść sobie poprzeczkę i wrócić na starą „dziką wodę”, gdzie kilka lat temu próbowałem już swoich sił.

Decyzja nie należała do najłatwiejszych. Wodę o której piszę znam dość słabo, ale moja fascynacja tym zbiornikiem jest ogromna. Cały zbiornik otaczają wysokie skarpy. Miejsc do rozbicia namiotu jest dosłownie kilka, presja wędkarska jest bliska zeru, sam zbiornik to typowa stara kopalnia żwiru, kryjąca pod powierzchnią wody dużą ilość wypłyceń, łach, które przeplatają się na zmianę z gęstą roślinnością. Właśnie te wszystkie szczegóły o których mowa powyżej przeważyły i zapadła decyzja jadę nad… no właśnie, ten szczegół zostawię dla siebie. Mało jest tak wyjątkowych miejsc o tak małej presji wędkarskiej, które praktycznie zostały zapomniane przez wędkarzy. Niech tak zostanie w przypadku tej wody. W piątek zafundowałem sobie urlop, więc w czwartek po pracy szybkie pakowanie i w drogę. Przede mną jakieś 70km, ale co tam... Przecież w głowie jedna myśl, kilka lat temu widziałem tam ogromne ryby wygrzewające się na słońcu, może tym razem się uda. Jak tylko dojechałem nad wodę po 3 latach mojej nieobecności, spotkało mnie wielkie zaskoczenie, totalna cisza, większość mostków, które jeszcze kilka lat temu spełniały swoją funkcję, dziś prezentują już tylko powalone pniaki i powykrzywiane kładki, na przeciwległym brzegu widzę tylko jednego wędkarza, który łowi na bata. Po tym jak tylko udaje mi się do niego dość, zadaję mu pytanie: „jak wygląda ta woda dzisiaj, jak presja wędkarska, no i co najważniejsze, a jak z karpiami?”… Spodziewałem się innej odpowiedzi. To co usłyszałem dało mi do myślenia. „Czy wybór tej wody to był dobry pomysł?”. Wędkarz  łowiący na tej wodzie utrzymywał, że po srogich zimach, które miały miejsce kilka lat pod rząd, w tej wodzie już prawie nie ma ryb…, zastanawia mnie jednak dlaczego on tu  łowi?! Na nic nie zważając poszukałem miejsca do rozbicia namiotu, napompowałem ponton i zacząłem sondowanie. Ku mojemu zaskoczeniu już w przeciągu 15 minut echosonda pokazała kilka dużych ryb, co zdecydowanie poprawiło mi humor. Miejscówka, którą znalazłem, była oddalona około 200-250m od mojego obozu, więc w grę wchodziła tylko wywózka. Po postawieniu markera na żwirowym dnie, wolnym od zarośli w pobliżu starego pomostu, na głębokości około 1,5m, zanęciłem kukurydzą, 0,5kg kulek własnej produkcji 16mm, dodatkowo w wodzie ląduje 0,5kg szybko pracującego pelletu 6mm.

 

 

Po powrocie wziąłem się za przygotowanie zestawów do wywózki. Ponieważ odległość to ponad 200m, na obciążenie wybrałem kamień o wadze około 300g, żeby porządnie zakotwiczyć zestaw. Kamień zamontowałem na bezpiecznym klipsie firmy CARP'R'US SNAG CLIPS, który po braniu ryby uwalnia obciążenie, dzięki czemu, holując rybę nie mamy dodatkowego obciążenia.  Na włos poszła kulka pop-up 10mm ananas.

 

 

Około godz. 20 zestawy zostały wywiezione i zabrałem się za rozstawianie namiotu i szykowanie obiado-kolacji. Ku mojemu zaskoczeniu już po 2 godzinach, to co lubię najbardziej,  dźwięk sygnalizatora , plecionka ze szpuli wyciągana jest w niesamowitym tempie. Zacinam i… no tak, kilka mocnych uderzeń w kij i wszystko stoi. Długo się nie zastanawiając wskakuję do pontonu i w drogę. Po dłuższej chwili jestem już w pobliżu ryby. Stoi zaparkowana w zielsku i nie daję się oderwać od dna, w końcu rusza, jest karp i jak się okazuje nie jest najmniejszy, po kolejnych minutach holu mam go w podbieraku. Pełen szczęścia wracam do brzegu. Karp ląduje na macie. W milionie wszystkich potrzebnych rzeczy, które zawsze ma karpiarz, udaje mi się w końcu znaleźć wagę. Po zważeniu waga pokazała 9,4kg, nie spodziewałem się takiego wyniku, sam obstawiałem max 7kg. Ryba ląduje w worku karpiowym, czekając na poranną sesję, a ja biorę się za wywiezienie zestawu. Zasiadka dopiero się zaczęła, a przede mną jeszcze dwie noce, myślę sobie „super, będzie dobrze”. Niestety, mijają dwie noce i mimo kilkakrotnej zmianie strategii, nie doczekałem się już kolejnego brania, ale czy to takie ważne? Ta wyprawa nauczyła mnie jednego, trzeba próbować i się nie zniechęcać, nie ważne co mówią inni, liczy się to, co sam zaplanujesz i to do czego będziesz dążył.  Ten 9 kg karp to potwierdza! Jedno jest pewne, jak tylko znajdę czas wrócę tu ponownie, w tym przekonaniu dodatkowo utwierdzają mnie potężne spławy które miałem okazję słyszeć w nocy.

 

 

Ryba oczywiście w dobrej kondycji wraca do wody

                                                

                                                                                                                                                                                                                               PM                                                          

                                                                                                                                                                                                                           „NO KILL”

{fcomment}